Nowoczesne lotnictwo. Old school VS New school
Nowoczesne lotnictwo. Old school VS New school, czyli jak widać nie trzeba było czekać na kontrę do artykułu o „samolotach załogowych kontra AI„. Wyjaśniłem w nim przewagę tego drugiego nad tym pierwszym. Ponieważ jednak doszły nowe argumenty zaprezentowane na łamach portalu „Defence24.pl„, pozwolę sobie odnieść się co do niektórych.

Lojalni skrzydłowi to ślepa uliczka?
Taki właśnie tytuł możemy spotkać na wyżej wymienionym portalu. W środku artykułu mamy wypowiedzi podpułkownika Jay’a Stouta, emerytowanego oficera US Marine Corps. Na marginesie – również pilota z dwudziestoletni stażem. Jakie zastrzeżenia miał owy pilot?
Początek wydaje się trafny. Faktycznie ostatnio US Navy nie miało lekko z nowymi samolotami i zawsze (w sumie od końca II Wojny Światowej) gryzło się z US Air Force. Amerykańskie lotnictwo zawsze dostawało pierwszeństwo w wyborze platformy. Najpierw przypadek z F-111, który również miał trafić na lotniskowce (oczywiście po modyfikacjach), potem walka o F-14, a skończywszy na anulowaniu programu A-12 Avenger II.
Żeby było jeszcze bardziej ponuro, dodam że myśliwce i samoloty uderzeniowe zastąpiono w US Navy na F-18, a ten który miał dać przewagę powietrzną, czyli F-22, okrojono do zaledwie 200 sztuk. Efekt końcowy jest taki, że obecne Chiny mają już zdecydowaną przewagę w powietrzu. Nic dodać, nic ująć. Dotąd pełna zgoda. Dalej jednak robi się ciekawiej…
Old school
Według emerytowanego oficera, bezzałogowe maszyny nie dadzą wyjątkowej przewagi w powietrzu. Ponoć o tym wie, gdyż pracował w przemyśle je produkującym. Poza tym wskazuje, że nie będą one ani mniejsze, ani tańsze od platform załogowych. Związane jest to z koniecznością przenoszenia podobnego ładunku użytecznego i zapasu paliwa co pilotowane samoloty.
Dodatkowo podważa on sens „ratowania pilota” kosztem maszyny bezzałogowej. Jak widać czas potrzebny do nauki pilotażu jest czymś abstrakcyjnym z jego punktu widzenia.
Kolejnymi problemami, jakimi obarcza bezzałogowce, są kolejno:
- zastosowanie sztucznej inteligencji i konieczności zachowania łączności z innym samolotem bądź stacją naziemną;
- problem z „lojalnym skrzydłowym” w przypadku utraty sygnału bądź zniszczenia wyznaczającego zadania (pilota bądź operatora);
- podatność drona na zakłócenia i cyberatak;
- niewystarczający poziom techniki do produkcji bezzałogowców.
W dużym skrócie widać nastawienie na „anty” w słowach oficera. Stara szkoła (old school) jest dla niego lepsza, bo sprawdzona w boju. Czy jednak jest to właściwy kierunek myślenia? Mi bynajmniej przypomina wielu obecnych dowódców WP (wojska polskiego), dla których stary BWP-1 to wciąż „cud techniki”. Tacy ludzie nie chcą czegoś nowego. Wolą to na czym się znają.
Generalnie można by się przychylić do tych przemyśleń, gdyby nie pewne „ale”.

New school
Nowa szkoła w uzbrojeniu lotniczym mówi zupełnie o czymś innym. Głównymi celami im przyświecającymi są: mniejsze straty osobowe, szybsza produkcja platform bojowych, dużo wyższe nasycenie środkami i szybka wymiana informacji na polu walki.
Owszem, bardzo ważną dziedziną jest tu niezakłócona łączność. Jaka ona jest? Każdy widzi. W myśl starego przysłowia: „Łączność – nerwem armii!” (dlatego nasza polska, ma „nerwicę” – żart). Każda ze stron dzisiejszych konfliktów stara się ją zapewnić na odpowiednim poziomie. Czy to działa?
Wystarczy spojrzeć na wschód od Polski. Dzięki łączności satelitarnej od Elona Muska, Ukraina jeszcze nie została rozjechana przez Rosjan. Jak widać da się ją zapewnić nawet w czasie wojny. Gdyby jednak udało się je wyłączyć – pozostają sposoby na retranslację sygnału z pojazdów stratosferycznych jak choćby „PHASA-35” czy polski „Cloudless”. W trakcie badań są również inne formy łączności za pomocą lasera lub mikrofal.
Wracając jednak do problemów oficera US Marine Corps – spróbujmy na nie odpowiedzieć.
Rozwiązania
Oczywiście na wszystkie bolączki „wieku dziecięcego” istnieją rozwiązanie lepsze i gorsze. Zastanówmy się zatem, jak można im zaradzić. Zróbmy to punkt po punkcie:
- zastosowanie sztucznej inteligencji i konieczności zachowania łączności z innym samolotem bądź stacją naziemną;
Zachowanie takiej łączności jest możliwe poprzez łączność satelitarną, naziemną i retranslację sygnału z innych platform załogowych lub bezzałogowych.
- problem z „lojalnym skrzydłowym” w przypadku utraty sygnału bądź zniszczenia wyznaczającego zadania (pilota bądź operatora);
W takim przypadku „lojalny skrzydłowy” może faktycznie powrócić do bazy lub wykonać zadanie na własną rękę, w oparciu o: sztuczną inteligencję, dane telemetryczne, odpowiednio zaprogramowane przed lotem algorytmy.
- podatność drona na zakłócenia i cyberatak;
Istnieje możliwość przejęcia drona poprzez zakłócenie sygnału (np. spoofing GPS etc.) lub cyberatak, jednak jest on mało prawdopodobny. Do tego celu trzeba namierzyć źródło sygnału lub drona. Ciężko to zrobić w przypadku nieznanej drogi podejścia i ataku. Poza tym istnieje mało czasu na jego wykonanie (prędkość pojazdów odrzutowych). Pamiętajmy, że USA zawsze atakuje po dokładnym rozpoznaniu przedpola.
- niewystarczający poziom techniki do produkcji bezzałogowców.
Jak widać Pan pilot opiera się tylko o rozwiązania „dużych producentów” typu Boening z ich MQ-25 Stingray. Nie od dziś wiadomo jakie ceny on narzuca. Z pewnością wiąże się to również z wieloma „czarnymi” projektami w jakie jest zaangażowany i jaki musi ponosić koszty (patrz F-47). Co jednak gdy przyjrzymy się takim firmom jak choćby „Anduril” czy „Palantir„?
Mamy tam nisko kosztowe bezzałogowce i zaawansowaną sztuczną inteligencję. Innymi słowy istnieją już rozwiązania o których chyba wyżej wymieniony pilot nie słyszał. Z resztą się nie dziwię. W dzisiejszych czasach postęp techniki i cyfryzacji jest tak wielki, że zadziwia dużo młodszych ludzi.
Poza tym jestem ciekaw, jakie przeciążenie jest w stanie znieść pilot podczas walki manewrowej a jakie dron? Oczywiście należy jeszcze przytoczyć zjawisko skali i mamy odpowiedź.
Przyszłość
Muszę przyznać, że rozumiem poniekąd rozgoryczenie emerytowanego oficera. W wielu aspektach jego wypowiedzi jestem w stanie się zgodzić. Niemniej jednak, patrząc na brak chętnych do wojska i wysoką odpowiedzialność moralną za każdego zabitego, przyszłość należy do platform bezzałogowych. Czy tego chcemy, czy nie.
Przewagę tych rozwiązań już widzimy w postaci wojny w Ukrainie. Faktom nie da się zaprzeczyć. Liczbom również. Czy do tego będziemy zmierzali w przyszłości? Kto wie. Pożyjemy – zobaczymy, a póki co…
Do następnego!